piątek, 29 maja 2020

Nie wszystkie łabędzie są białe

Czyli o tym, że czarny ptak kiedyś da Ci w mordę




Zaobserwowanie 10 tysięcy łabędzi nie jest wystarczającym warunkiem do tego, by powiedzieć, że wszystkie łabędzie są białe. Wystarczy jednak zaobserwowanie jednego czarnego łabędzia, by móc stwierdzić, że NIE WSZYSTKIE ŁABĘDZIE SĄ BIAŁE.


Wstęp co prawda nieco ornitologiczny, ale temat jak najbardziej „finansowy”. Najzabawniejsze – o ile w obecnym czasie można tak powiedzieć – jest to, że uczestnicy rynków finansowych (czytaj: inwestorzy) widzieli całkiem sporo egzemplarzy Czarnego Łabędzia, ale cały czas wydają się tkwić w przekonaniu, że każdy ptak tego gatunku jest biały.

Zanim zacznę wyjaśniać, co autor miał na myśli pisząc powyższy akapit, należy się Wam pewne wyjaśnienie. Bohaterem tekstu jest bowiem Czarny Łabędź, a nie czarny łabędź. Piękne ptaki z Antypodów zostawiam w spokoju. Bohaterem mojego tekstu jest koncepcja, która mianem Czarnego Łabędzia określa zjawisko o bardzo niskim prawdopodobieństwie wystąpienia, ale ogromnych konsekwencjach (w kontekście moich poprzednich rozważań na temat ryzyka należałoby powiedzieć, że Czarny Łabędź jest przykładem raczej niepewności niż ryzyka, a przynajmniej czymś bardzo bliskim niepewności). Koncepcję tę popełnił Nassim Taleb, autor książek poświęconych m.in. losowości na rynkach finansowych.

Do rzeczy…
Ludzie mają tendencję do uznawania zdarzeń o bardzo niskim prawdopodobieństwie za niemożliwe (a zdarzeń o bardzo wysokim prawdopodobieństwie za pewne). Bagatelizowanie takich zdarzeń ostatecznie nie wychodzi nam na dobre, gdyż często ich efekty mają charakter ekstremalny. W naszej naturze nie leży rozpatrywanie szansy na wystąpienie jakiegoś zdarzenia w połączeniu z jego efektem. Najczęściej rozpatrujemy te parametry osobno, np. bojąc się latać samolotem (pomimo niskiego prawdopodobieństwa katastrofy lotniczej w porównaniu ze śmiercią w wypadku samochodowym) czy ekscytując się rekordową kumulacją w Lotto (pomimo tego, że puszczając ‘lotka’ co tydzień przez 40 lat, tylko raz na 6700 żyć zostaniemy milionerami).

Przy inwestowaniu bagatelizowanie zdarzeń o bardzo niskim prawdopodobieństwie ma bardzo materialne konsekwencje. Nagła utrata 40, 50 czy 60% kapitału jest bardzo bolesnym doświadczeniem (o czym w ostatnich miesiącach z pewnością przekonało się wiele osób). Czarnych Łabędzi na rynkach finansowych było już sporo. Dla mojego pokolenia najbardziej jaskrawymi przykładami będą zapewne kryzys finansowy z pierwszej dekady XX wieku czy atak terrorystyczny na wieże WTC (tak, wiem, że z perspektywy czasu chcielibyśmy powiedzieć, że to wcale nie były niespodziewane zdarzenia, bo można je było przewidzieć – to się nazywa efekt pewności wstecznej). Są to wydarzenia na tyle niedawne (podobnie możemy powiedzieć jeszcze o kryzysie rosyjskim, azjatyckim, argentyńskim czy meksykańskim), by każdy uczestnik rynków finansowych wiedział, że ‘NIE WSZYSTKIE ŁABĘDZIE SĄ BIAŁE’. Mimo to inwestorzy uwierzyli, że hossa może trwać wiecznie (ta, która zakończyła się w lutym trwała aż 11 lat!), a wszelkie przeszkody dostrzeżemy na tyle wcześnie, że będziemy w stanie bezpiecznie wyjść z inwestycji. Bo przecież patrząc na załamania rynku, które miały miejsce w przeszłości, dostrzegliśmy czynniki, które mogły je zasygnalizować (oczywiście po fakcie). Do tego mamy przecież backtesting (testowanie strategii inwestycyjnych na danych historycznych) i na jego podstawie opracowaliśmy wskaźniki, które sygnalizowały wszystkie większe załamania w przeciągu ostatnich 50 czy 100 lat!

A tutaj taka niespodzianka!
Pandemia koronawirusa spadła na rynki jak grom z jasnego nieba. Bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej nic nie zwiastowało cofnięcia się rynków akcji do poziomów sprzed kilku lat, kontraktów terminowych na ropę naftową notowanych poniżej poziomu 0 dolarów czy zmienności na rynku walutowym (będącej złudnym źródłem szczęścia dla forexowych spekulantów) na poziomach nie widzianych od Brexitowej niespodzianki (mam na myśli reakcję rynków na referendum z 2016 roku). Nawet nie ma co dywagować nad tym, czy pierwsze tygodnie epidemii w Wuhan nie sygnalizowały zbliżającego się zagrożenia (w końcu teraz wydaje się to oczywiste, że sygnalizowały – czytaj ponownie: efekt pewności wstecznej). 

Polując na Czarne Łabędzie
Zapewne wiele osób próbowało załapać się na giełdowy krach (w końcu instrumenty pozwalające grać na spadki są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego) i obkupić się na dołku bessy w tanie akcje. Łatwo w takiej sytuacji poczuć się jak bohater filmu Big Short i pochwalić kolegom, że miało się rację :) Nikt jednak nie zobaczy, że na każdego bohatera, któremu sprzyjał los, przypadają setki takich, którym się nie udało.

Inwestorzy starający się schwytać Czarnego Łabędzia za każdym razem natrafiają na ten sam problem. Ptak wpada im bez zapowiedzi do salonu, demoluje wszystkie meble, sprzęty, porcelanę i barek pełen butelek ulubionej whisky. Ci bez namysłu zarzucają na niego swoją marynarkę i przygniatają do ziemi niczym Pudzianowski Najmana, by zaraz po podniesieniu marynarki zorientować się, że ptak, którego złapali, jest biały.

Już wyjaśniam porównanie: Problem polega na tym, że wszystkie Czarne Łabędzie, które wystąpiły w przeszłości teraz są już Białymi Łabędziami. Są znaną historią, która nas nie zaskakuje, bo widzimy ją na wykresie cen (o ile jesteśmy na tyle ambitni, że sprawdzamy coś więcej niż tylko interwały minutowe i godzinowe). Skoro są czymś znanym, to z definicji nie są już Czarnymi Łabędziami, gdyż nie mogą nas zaskoczyć – zaskakuje tylko to, co nieznane. Czarny Łabędź jest czarny tylko tu i teraz, i nigdy nie da się złapać w nasze sidła, bo nigdy nie będziemy w stanie patrzeć w przyszłość. Przeszłość jest naszym jedynym źródłem informacji służących zarządzaniu ryzykiem, ale nie możemy traktować jej jak lustra. Sorry, na rynkach nie ma narzędzi doskonałych.

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój
Sytuacje takie jak ostatnie załamanie na rynkach mają to do siebie, że nie sposób ich przewidzieć (w końcu są „niespodziewane”). Można, co prawda, na bieżąco podejmować pewne środki zabezpieczające (czytaj: zarządzanie ryzykiem), ale ostatecznie i tak oberwiemy od losu prawym sierpowym. Jeśli zarządzaliśmy ryzykiem w sposób rozsądny, to po takim ciosie powinniśmy przynajmniej utrzymać się na nogach – tych mniej rozsądnych i lubiących adrenalinę czeka ostry knock down.

4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

  2. Tekst jak najbardziej ciekawy i przemyślany, ktoś nawet zwyczajny nie związany bezpośrednio z rynkami czy też finansami potrafi tutaj znaleźć elementy związane z jego własnym życiem i decyzjami która podejmuje :)

    Ale jestem ciekawy jednej rzeczy. Czy jeżeli na przykład powiedzmy zaczynam jakiś biznes bądź akcje związane z moimi zainteresowaniami i powiedzmy zdarzy się coś mało prawdopodobnego ale zamiast strat przyniesie mi zyski mimo iż na początku wyglądało to na niemałą katastrofę to czy to dalej będzie ten tak zwany Czarny Łabędź?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za pozytywną opinię :)

    Biorąc pod uwagę, że ryzyko może miec efekt zarówno pozytywny, jak i negatywny, to w takim ujęciu również Czarny Labędź może okazać się korzystnym zjawiskiem, a nie wyłącznie negatywnym (choć te pozytywne Czarne Labędzie są raczej trudno dostrzegalne, bo istnieje taka tendencja, że sukcesy przypisujemy raczej sobie, a za porażki obwiniamy los - tzw. błąd atrybucji).
    Przy okazji warto też rozpatrywać Czarnego Labędzia w oderwaniu od tego, czy przynosi komuś zyski lub straty. Bo to samo zdarzenie może jednej osobie przynieść stratę, a innej zysk. Np. Na rynkach finansowych można obstawiać zarówno wzrosty, jak i spadki (tzw. krótka sprzedaż) - w takim przypadku załamanie na giełdzie jednej osobie przyniesie stratę, a drugiej zysk.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki wielkie za odpowiedź! :)
    Czyli Czarny Łabędź dla jednych jest Białym dla innych.

    OdpowiedzUsuń