wtorek, 10 listopada 2020

PPK - czy warto się wypisać?

 

Choć to artykuł o emeryturze, to najpierw pogadamy o papierosach. Zapewne znasz poniższą anegdotę:

Spotyka się dwóch sześćdziesięciolatków – palacz (P) i osoba niepaląca (N):

N: Długo już palisz?

P: Zacząłem, gdy miałem 20 lat.

N: A dużo palisz?

P: Średnio dwie paczki na dzień.

N: A pomyślałeś kiedyś o tym, że gdybyś nie palił, to przez te 40 lat zaoszczędziłbyś tyle pieniędzy, że mógłbyś sobie kupić teraz nowiutkie BMW X7?

P: W sumie to nie. A Ty palisz?

N: Nie, przez całe życie nie zapaliłem ani jednego papierosa.

P: To gdzie stoi Twoje BMW X7?

 

Czarny scenariusz na przyszłość

Wydaje mi się, że ta historia idealnie opisuje postawę, jaką wiele osób przyjmuje w kontekście myślenia o życiu na emeryturze. Fakt, że stopa zastąpienia (czyli wysokość emerytury w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia w całej karierze zawodowej) wynosi obecnie nieco ponad 50%, jest powszechnie znany. Nie jest również tajemnicą, że stopa ta będzie systematycznie spadać – obecni 30-latkowie, według prognoz, będą otrzymywać emeryturę w wysokości 25-30% ich średniej pensji. Jeśli sami nie zadbają o dodatkowe oszczędności, to czeka ich trudny żywot emeryta (zamiast palm i plaży). 40-latków, czy 50-latków czeka ten sam problem, choć może w nieco mniejszej skali, zaś 20-latkowie będą mieli jeszcze trudniej. Taki mamy klimat… to znaczy trend.

Mimo to, według różnych źródeł, od 20% do 47% Polaków w ogóle nie gromadzi pieniędzy, by dodatkowo zabezpieczyć emeryturę. Wśród tych, którzy to robią, najczęstszym sposobem jest po prostu odkładanie kasy na koncie w banku. Rzadziej decydujemy się na zakup instrumentów finansowych lub uczestnictwo w programach dostępnych w tzw. III filarze emerytalnym (IKE, IKZE, PPE, PPK). To trochę taka postawa jak w powyższej historyjce – „Po co będę oddawał pieniądze do jakichś PPK czy innych IKE? Mogę przecież te kwoty równie dobrze odkładać sobie na koncie. A przecież nikt nie zadba o moje pieniądze tak dobrze jak ja sam!” Tylko dlaczego wydaje mi się, że większość takich historii zakończy się tym, że emerytura zastanie naszego bohatera z kilkoma tysiącami na koncie? A przed nim survival pt. „jak przeżyć za 1000 zł miesięcznie”. W bardziej optymistycznym wariancie przed sześćdziesiątką przyjdzie refleksja, że w ciągu następnych kilku lat pasowałoby odłożyć kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy złotych (w zależności od tego, jaki poziom życia chcemy utrzymać), żeby móc swobodnie żyć po tym, jak przestaniemy pracować. Te pieniądze można było odłożyć przez wcześniejsze lata, rezygnując co miesiąc z wydawania małych kwot.

 

Od listopada tego roku kolejna grupa pracujących (a konkretnie – zatrudnianych przez małe i średnie firmy) dostała nową możliwość uniknięcia czarnego scenariusza. Chodzi o odkładanie wspomnianych wyżej małych kwot w ramach Pracowniczych Programów Kapitałowych – PPK. Takie osoby zostały automatycznie wciągnięte do PPK i mają przed sobą wybór – wypisać się czy nie? Jeśli jeszcze nie podjąłeś/aś tej decyzji, to zachęcam do zapoznania się z kilkoma szczegółami dotyczącymi programu. Mam nadzieję, że pomogą Ci dokonać dobrego wyboru.

Co masz rozumieć przez „dobry wybór”? To nie jest tak, że pozostanie w PPK lub wypisanie się będzie zawsze i dla każdego dobrym/złym wyborem. W artykule pt. „Dlaczego nie warto osiągać swoich celów przezprzypadek?” pisałem o tym, że kluczem do podejmowania dobrych decyzji jest skupienie się na procesie – czyli zebraniu i „przetrawieniu” kluczowych informacji. Zachęcam więc do zapoznania się ze szczegółami dotyczącymi programu na dedykowanej stronie internetowej. Poniżej postaram się przedstawić Ci esencję tego programu oraz argumenty za i przeciw. Żebyś nie miał żadnych wątpliwości na temat mojego nastawienia – ja w PPK pozostałem i podobnie poradziłem swojej żonie.


Czy PPK to inwestowanie czy oszczędzanie?

Co robimy, by zabezpieczyć swój emerytalny byt? Jeśli w ogóle podejmujemy jakieś działania w tym kierunku, to zazwyczaj wybierana jest jedna z trzech postaw.

Pierwsza to potocznie odkładanie na emeryturę. Mnie słowo odkładanie kojarzy się bardziej z chowaniem pieniędzy do przysłowiowej skarpety niż z właściwym zarządzaniem swoimi finansami. Oczywiście skarpetą może być tutaj np. zwykłe konto bankowe, na którym te pieniądze tylko sobie leżą (i tracą na wartości)… o ile faktycznie i systematycznie ktoś je tam odkłada.

Znacznie lepszą postawą jest „oszczędzanie”. Czym jest dla mnie oszczędzanie na emeryturę? Idąc za tym, co pisałem w artykule „Inwestowanievs oszczędzanie - czy warto ryzykować?”, oszczędzanie na emeryturę to lokowanie pieniędzy (w czasie aktywności zawodowej) w instrumenty, które zapewnią nam jakiś dodatkowy zwrot, ale nie będą obarczone ryzykiem (lub poziom ryzyka będzie bardzo niski). Taka postawa jest zdecydowanie spójna z koncepcją „zabezpieczenia się na emeryturę”.

Ostatnią postawą, jaką można przyjąć myśląc o przyszłej emeryturze, jest większa otwartość na ryzyko. Inwestowanie z myślą o emeryturze wiąże się z lokowaniem środków w instrumenty, które mają za zadanie pomnożyć nasz kapitał (w większym stopniu niż instrumenty oszczędnościowe), ale obarczone są ryzykiem.

 

Dla mnie, jako osoby młodej (w końcu w tym roku stuknęła mi dopiero trzydziestka), inwestowanie z myślą o emeryturze jest optymalnym podejściem – daje mi szansę na szybsze pomnażanie kapitału, a długi czas do emerytury pozwala na odrobienie ewentualnych strat wynikających z podejmowania ryzyka. Myślę jednak, że gdy zbliżę się do sześćdziesiątki, mój apetyt na ryzyko będzie niższy i znacznie bardziej będzie mi zależało na bezpieczeństwie – raczej oszczędzaniu na zbliżającą się coraz szybciej emeryturę niż wystawianiu gromadzonych latami pieniędzy na zbyt duże ryzyko.

Wzrost awersji do ryzyka wraz z wiekiem jest czymś naturalnym. Co ciekawe, projektujący PPK na szczęście zwrócili na to uwagę. Nasze pieniądze lokowane są w tzw. „funduszach zdefiniowanej daty”. Ich mechanizm jest w gruncie rzeczy dość prosty. Będą one alokowały zgromadzone środki w aktywa bezpieczniejsze (jak np. obligacje skarbowe) i bardziej ryzykowne (np. akcje spółek polskich i zagranicznych). Z biegiem czasu udział aktywów ryzykownych będzie spadał, a aktywów bezpieczniejszych rósł – by w momencie zbliżania się do wieku emerytalnego zgromadzone pieniądze były inwestowane bardzo bezpiecznie*.

Mechanizm działania PPK sprawia, że stanowią one płynne przejście od inwestowania z myślą o emeryturze do oszczędzania na emeryturę.

* Jako uczestnicy będziemy mogli jednak odejść od standardowego schematu działania funduszy zdefiniowanej daty i np. wybrać dla siebie bardziej ryzykowne fundusze (przeznaczone dla młodszej grupy wiekowej) lub bezpieczniejsze (przeznaczone dla starszej grupy).


Skąd się bierze kasa w PPK?

Sposób finansowania PPK jest, z punktu widzenia uczestnika, jedną z kluczowych cech programu. Pieniądze trafiają na konto z trzech źródeł – z naszej pensji, od pracodawcy (tak jakby z naszej pensji, ale nie do końca**) oraz z budżetu Państwa (tak jakby z naszych podatków, ale nie do końca***):

  • Pracownik (czyli np. ja lub Ty) może zdecydować się na przeznaczenie od 0,5%/2,0% do 4% pensji (brutto – czyli nie tej na rękę). Podstawową dolną granicą jest 2,0%, natomiast osoby zarabiające do 120% minimalnego wynagrodzenia mogą zejść do 0,5%.
  • Pracodawca dokłada do powyższej kwoty 1,5% naszej pensji brutto. Jeśli zechce, może ten wkład zwiększyć do maksymalnie 4,0%.
  • Z budżetu Państwa na konto PPK trafia jednorazowo 250 zł (wpłata powitalna przysługuje osobom, które przynajmniej przez 3 miesiące dokonywały wpłat podstawowych na swoje konto). Do tego dochodzi coroczna dopłata w wysokości 240 zł (w tym przypadku warunkiem jest suma wpłat pracownika i pracodawcy w danym roku na poziomie min. 21% minimalnego wynagrodzenia; dla pracowników wpłacających mniej niż 2% próg ten wynosi 5,25%).

Tak, wiem - może się to wydawać zawiłe (choć i tak starałem się uprościć). Najlepiej będzie zobaczyć to na przykładzie osoby zarabiającej 4000 zł brutto. Nie posłużę się średnim wynagrodzeniem w gospodarce, bo większość zarabia mniej niż ono wynosi (a dodatkowo, łatwiej operuje się okrągłymi kwotami).

W takim wariancie pracownik może zdecydować się wpłacać od 80 do 160 zł (na konto PPK trafia cała kwota, nie obciążona składkami czy podatkami). Gdyby kwota 4000 zł stanowiła do 120% minimalnego wynagrodzenia w gospodarce, to ten wkład pracownik mógłby obniżyć do 20 zł. W 2020 roku obniżona wpłata podstawowa możliwa jest jednak w przypadku osób zarabiających do 3120 zł brutto, natomiast w przyszłym będzie to 3360zł brutto. Idźmy dalej – pracodawca na konto PPK pracownika wpłaci od 60 do 160zł. Od tej kwoty pracownik będzie jednak musiał odprowadzić podatek, który pomniejszy jego wynagrodzenie netto – na rękę (od 10,2 zł do 27,2 zł). W pierwszym roku uczestnictwa w programie z budżetu na konto wpadnie dodatkowe 490 zł (co daje średnio nieco ponad 40 zł na miesiąc), a w każdym kolejnym 240 zł (średnio 20 zł na miesiąc).

Podsumujmy sobie powyższe kwoty dla scenariusza bazowego – pomijając pierwszy rok z wpłatą powitalną i zakładając, że pracownik oraz pracodawca decydują się na minimalny wkład. W takim wariancie co miesiąc na konto PPK pracownika trafi średnio 160 zł (średnio, bo dopłata z budżetu dokonywana jest raz do roku, a nie co miesiąc). Kluczowe pytanie brzmi – jak to wpłynie na wysokość naszej wypłaty „na rękę”? Zmniejszy się ona o 90,20 zł – nasza pensja netto zostaje bowiem pomniejszona o 80 zł z naszego wkładu w PPK oraz o podatek (w tym przypadku 17%) od wkładu pracodawcy – czyli o 10,20 zł.

Wykres 1. Średnie miesięczne korzyści i koszty PPK - dla osoby zarabiającej 4000 PLN brutto.

** Wpłata pracodawcy do PPK liczona jest od naszej pensji brutto, ale nie pomniejsza tej pensji (tylko to ją powiększa). Ustawa zabrania pracodawcy potrącania tego wkładu z pensji pracownika.

*** Można by powiedzieć, że Państwo nie dopłaca nam do PPK, bo pieniądze znajdujące się w budżecie pochodzą z naszych podatków. Aby być dokładnym, trzeba jednak powiedzieć, że dopłaty z budżetu do PPK pochodzą z Funduszu Pracy. Ten z kolei zasilany jest składkami od pracodawców.


Komu się opłaca?

Ogólnie rzecz biorąc, uczestnictwo w Pracowniczych Programach Kapitałowych opłaca się każdemu (chyba, że ktoś stwierdzi, że mu się nie opłaca – nie zamierzam się kłócić). Niektórym jednak opłaca się bardziej niż innym. Formuła źródeł finansowania wpłat do PPK sprawia, że stosunkowo najwięcej zyskują osoby zarabiające najmniej – przy rosnących zarobkach „premia” wynikająca z wpłat pracodawcy i Państwa staje się stosunkowo coraz mniejsza. Najlepiej zobrazuje to przykład osoby zarabiającej 3000 zł brutto. Może ona zdecydować się na obniżenie własnej wpłaty do 0,5% pensji brutto. W efekcie, co miesiąc na jej rachunek PPK wpływać będzie przeciętnie 80 zł (15 zł z własnego wkładu, 45 zł z wkładu pracodawcy i 20 zł z budżetu) przy zmniejszonej pensji netto o zaledwie 22,65 zł (15 zł z wkładu własnego i 7,65 zł podatku od wkładu pracodawcy). To ponad trzykrotna różnica (dokładnie 3,53). Jeśli taka osoba zdecydowałaby się jednak wpłacać podstawowe 2%, to kwoty te będą wynosić odpowiednio 125 zł (średni miesięczny wpływ na konto PPK) i 67,65 zł (obniżka pensji netto). W tym przypadku mnożnik wynosi już tylko 1,85. Jest on i tak wyższy niż dla opisanego wcześniej przykładu z pensją 4000 zł brutto (1,77). W oczywisty sposób mnożnik ten systematycznie spada wraz ze wzrostem wysokości wynagrodzenia.

Wykres 2. Mnożnik korzyści PPK w zależności od pensji brutto przy wpłacie pracownika na poziomie 2% (na czerwono wskaźnik przy założeniu możliwości wpłaty 0,5%.


Kolejna grupa, która może wyraźnie zyskać dzięki PPK, to osoby myślące o zakupie mieszania lub budowie domu na kredyt. Zgromadzone środki można wykorzystać jako wkład własny. Zatem gromadząc środki w PPK, możemy jednocześnie zwiększać swoje zabezpieczenie na emeryturę i zbierać pieniądze na wymarzony dom/mieszkanie. Co więcej, na wkład własny do kredytu hipotecznego składa się też pracodawca i Państwo.

Powyższa możliwość dotyczy wyłącznie osób poniżej 45 lat, które następnie będą mieć 15 lat na zwrot środków na rachunek PPK (rozpoczynając spłatę nie później niż 5 lat od dnia wypłaty). To trochę jak taka pożyczka z zerowym oprocentowaniem od samego siebie. Konsekwencją braku spłaty w terminie 15 lat jest konieczność zapłaty tzw. podatku Belki (19%) od niespłaconej kwoty.


Wypłata „emerytury” z PPK

„Emerytura” z PPK różni się od emerytury z ZUS tym, że każdy może przejść na nią przed osiągnięciem wieku emerytalnego – a konkretnie w wieku 60 lat. Wtedy będziemy mogli wypłacić jednorazowo do 25% zgromadzonych środków, a pozostałą część w miesięcznych ratach przez okres 10 lat (o ile nie chcemy zapłacić podatku Belki od 75% zgromadzonych środków).

Jeśli zdecydujemy się wyciągnąć środki z PPK przed sześćdziesiątką, to część z nich będzie trzeba zwrócić do budżetu:

  • 30% środków z wpłat pracodawcy trafi do ZUS (co oznacza, że i tak pozostanie nam 70% środków z wpłat pracodawcy, których nie mielibyśmy, gdyby nie uczestnictwo w programie),
  • wszystkie dopłaty z budżetu wrócą do Funduszu Pracy,
  • od osiągniętych zysków będzie trzeba zapłacić 19-procentowy podatek Belki (jak to już przy inwestycjach bywa).

Pomimo tych potrąceń i tak będziemy na plusie w stosunku do sytuacji, gdybyśmy sami inwestowali tylko własne środki.

Powyższych „kar” można uniknąć w dwóch sytuacjach. Pierwsza z nich to opisana wyżej wypłata środków na wkład własny do kredytu na cele mieszkaniowe. Druga to wypłata do 25% zgromadzonych środków na leczenie swoje, małżonka lub dziecka. W tym drugim przypadku nie ma konieczności zwrotu wypłaconych środków na rachunek PPK.


OFE w wersji 2.0?

Zaskakująco rzadko natrafiam na osoby, które decydują się nie wypisywać z PPK (ale może po prostu mam pecha albo poruszałem ten temat głównie z osobami niechętnymi). Ta niechęć w zasadzie mnie nie dziwi. To nie znaczy jednak, że jest ona w mojej opinii w pełni uzasadniona. Wydaje mi się, że podstawowe argumenty wycofujących się z PPK są dwa. Pierwszy to brak zainteresowania myśleniem o emeryturze już teraz (a przecież im wcześniej zaczniemy o tym myśleć, tym mniej to nas będzie kosztować!), a drugi (chyba kluczowy) to wspomnienie tego, co stało się z OFE.

Rozumiem, że wiele osób boi się tego, że będzie sobie zbierać dodatkowe pieniądze na emeryturę, ale w pewnym momencie przyjdzie rząd i im je zabierze (czy może trafniej – przetransferuje do ZUS, czyli takiej wielkiej studni, w której wszystko od razu znika). Mamy tu jednak do czynienia z bardzo znaczącą różnicą. Środki gromadzone w ramach PPK, w przeciwieństwie do tych z OFE, są środkami prywatnymi (tym razem ustawodawca zamieścił taki zapis w ustawie, żeby później nie było wątpliwości) i podlegają dziedziczeniu. Do OFE trafiały pieniądze, które najpierw jako składka emerytalna wędrowały do ZUS – w ten sposób stawały się środkami publicznymi. Środki z PPK nie są w ten sposób „przetrawiane” przez system finansów publicznych. Trafiają na rachunki, które pod kątem własności mają charakter analogiczny do kont IKE czy IKZE. Tym samym, przejęcie tych środków przez Państwo byłoby takim samym naruszeniem prywatności jak w sytuacji, gdyby rządzący chcieli znacjonalizować pieniądze na naszych rachunkach inwestycyjnych czy bankowych (a przecież aż tak bardzo nie boimy się przetrzymywać tam pieniędzy).

A co jeśli ustawa o PPK zostanie zmieniona? Szczerze mówiąc, wątpię, że do mojej emerytury z PPK system ten przetrwa w obecnym stanie. Czy takie ryzyko zniechęca mnie do uczestnictwa? Nie. Jeśli na horyzoncie pojawią się dyskusje na temat zmian, które uznałbym za niekorzystne, to zawsze mam furtkę w postaci wycofania się z programu (tracąc część dodatkowych środków, które otrzymałem, ale nie ewentualnego zysku, jaki te zdążyły wypracować). Oczywiście nigdy nie można wykluczyć, że obecny czy przyszły rząd cichaczem, w ciągu jednej nocy, przeforsuje jakąś zmianę, która mnie zablokuje. Subiektywnie oceniam jednak to zagrożenie jako zbyt mało prawdopodobne, bym uznał program PPK za nieatrakcyjny w obecnej formie. Każdy może ocenić jednak to ryzyko inaczej i w takim przypadku rezygnacja z benefitów PPK może być racjonalna.


PPK – za i przeciw

Po przedstawieniu wszystkich kluczowych aspektów Pracowniczych Programów Kapitałowych nadszedł czas na podsumowanie. Poniżej wymieniłem najważniejsze (w mojej opinii) argumenty za i przeciw. Sprawdź, które z nich najbardziej pasują do Twojej sytuacji i przemawiają do Ciebie najmocniej.

Argumenty za:

  • „Współfinansowanie” przez pracodawcę i Państwo – to kluczowa zaleta PPK, objawiająca się na trzech płaszczyznach:
    • Oszczędności rosną szybciej niż gdybyśmy sami odkładali pieniądze
    • Środki od pracodawcy i z budżetu stanowią dźwignię finansową – dzięki nim zyski z inwestycji w stosunku do własnego wkładu są wyższe
    • Im niższe zarobki (które mogą być dla niektórych czynnikiem zniechęcającym do samodzielnego odkładania/oszczędzania/inwestowania), tym większe korzyści daje uczestnictwo w PPK
  • Polityka inwestowania środków w PPK jest dostosowana do zmieniającej się z wiekiem awersji do ryzyka, a jednocześnie pozwala decydować uczestnikowi o poziomie ryzyka inwestycyjnego
  • Możliwość wykorzystania oszczędności jako wkładu własnego do kredytu hipotecznego – tutaj ponownie objawia nam się zaleta dodatkowych środków od pracodawcy i z budżetu
  • Prywatność i dziedziczenie środków
  • Możliwość wcześniejszego wycofania środków – nawet w najmniej korzystnym wariancie (konieczność zwrotów części środków od pracodawcy i całości wpłat z budżetu) i tak jesteśmy „na plusie”

Argumenty przeciw:

  • Obawy o „prywatność” – są małe szanse na to, że do czasu osiągnięcia przez oszczędzających wieku emerytalnego w PPK nic się nie zmieni – ten argument należy rozważać w kategorii ryzyka i w zależności od tego, jak oceniamy to ryzyko, decydować się na uczestnictwo lub nie
  • Zgłoszenie chęci uczestnictwa w PPK może spotkać się z negatywnym odbiorem przez pracodawcę (choć byłaby to oczywiście niewłaściwa postawa), dla którego PPK jest dodatkowym kosztem utrzymania pracownika
  • Wzrost kosztu utrzymania pracownika może być dla pracodawcy argumentem przeciwko podnoszeniu mu płacy w przyszłości (bo przecież niejako dostał podwyżkę)
  • Trzeba się wypisać, a nie zapisać – w zasadzie nie ma to wpływu na ocenę tego, czy uczestnictwo w PPK komuś się opłaca lub nie. Konieczność wypisania się z PPK (przez niechętnych) zamiast zapisania się (przez chętnych) ma swoje logiczne uzasadnienie – bo z natury jesteśmy leniwi (jedni bardziej, a inni mniej). Mimo wszystko taki zabieg ustawodawcy jest kontrowersyjny, ponieważ wzmaga obawy o to, że „rząd chce zagarnąć nasze środki w przyszłości”. Do uczestnictwa w PPK i innych programach III filaru powinno się raczej zachęcać poprzez odpowiednią edukację finansową – nie tylko w formie promocji wśród pracujących, ale już w szkołach – podstawowych i licealnych.


Ja mam PPK – co Ty musisz zrobić, żeby mieć?

Jeśli po przeczytaniu tego artykułu stwierdziłeś, że nie chcesz uczestniczyć w PPK, to… powinieneś się z niego „wypisać” (chyba, że Twój pracodawca jeszcze nie został objęty programem – w takim przypadku będziesz musiał zrobić to w przyszłości). Co więcej, co 4 lata lub w momencie zmiany pracodawcy, będziesz musiał ponownie składać deklaracje o rezygnacji (w tych przypadkach ponownie zostajemy włączani do programu).

Jeśli jednak uważasz, że ten program jest dla Ciebie korzystny, to sprawa jest prostsza. Pracownicy dużych, średnich i małych firm zostali automatycznie włączeni do PPK – jeśli należysz do tej grupy, to Twój pracodawca zapewne Cię o tym poinformował. Jeśli jednak pracujesz w mniejszym przedsiębiorstwie (zatrudniającym mniej niż 10 pracowników), to na zapis do PPK poczekasz do maja przyszłego roku. Pracownicy administracji publicznej zostaną z kolei objęci programem miesiąc wcześniej. Te terminy mogą się oczywiście jeszcze zmienić, biorąc po uwagę sytuację kryzysową w gospodarce.

Co zrobić jeśli wypisałeś się z PPK, ale uznałeś, że jednak warto uczestniczyć? Możesz oczywiście poczekać 4 lata, kiedy z automatu powrócisz do programu. Ale możesz też po prostu złożyć pisemny wniosek o ponowne dokonywanie wpłat na rachunek programu. Już w następnym miesiącu takie wpłaty będą odprowadzane na Twój rachunek.

czwartek, 15 października 2020

Dlaczego nie warto osiągać swoich celów przez przypadek?

 




„Czy podjąłem dobrą decyzję?” – zapewne każdy wielokrotnie w swoim życiu zadawał sobie (albo komuś) to pytanie. Im więcej zależy od takiej decyzji, tym odpowiedź na nie staje się ważniejsza i tym większe napięcie wywołuje. Ale co to znaczy „dobra decyzja” – a raczej: jak ocenić, czy konkretna decyzja jest/była dobra lub zła? W tym artykule postaram się pokazać Ci jedną z największych przeszkód we właściwym ocenianiu własnych wyborów.


Dobra czy zła decyzja?

Jak oceniać decyzje? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest tak prosta, jak mogłoby się z początku wydawać. Wszystko (jak zawsze) zależy od kontekstu. Decyzje podejmujemy przecież w różnych warunkach i trudno oceniać samą decyzję w oderwaniu od nich. Czasami podejmujemy je w sytuacji, w której wiemy, że wybór A sprawi, że stanie się X, a wybór B sprawi, że stanie się Y. W innych sytuacjach możemy np. jedynie przypuszczać, co stanie się gdy wybierzemy jakąś opcję i jaka jest szansa na osiągnięcie założonego celu. Możemy być także postawieni przed wyborem, w którym nie mamy zielonego pojęcia, do czego doprowadzi jakikolwiek wariant, który wybierzemy.

W przypadku tych trzech możliwości bezproblemowa jest tylko pierwsza z nich – czyli decyzje podejmowane w tzw. sytuacjach deterministycznych. Posłużmy się banalnym przykładem: jesteś w restauracji i masz ochotę napić się czerwonego wina. Podchodzi do Ciebie kelner i pyta, czy napijesz się białego lub czerwonego wina. Jeśli wybierzesz czerwone to - tadaaaam – wygrałeś. Jeśli z kolei wybierzesz białe lub odmówisz zamówienia wina, to nie osiągniesz swojego celu. Ocena sytuacji jest prosta – w pierwszym przypadku podjąłeś dobrą decyzję, a w kolejnych błędną.

Szkopuł tkwi w tym, że pierwsza decyzja była dobra nie dlatego, że kelner przyniósł Ci czerwone wino. To wyjaśni się dopiero za chwilę, gdy zobaczysz, jak analogiczna decyzja wygląda w nieco innych okolicznościach.


Decyzje niepewne i ryzykowne

Spróbujmy teraz drugiego ze skrajnych przypadków – tego, w którym nie wiesz, co może przynieść jakakolwiek z podjętych decyzji.

Jesteś za granicą, odwiedzasz restaurację i masz ochotę napić się czerwonego wina. Niestety nie znasz języka, a w karcie win widzisz jedynie nazwy szczepów winogron, które nic Ci nie mówią (nie każdy, kto lubi wino, musi być przecież ekspertem). W dodatku kelner również nie porozumiewa się w żadnym znanym Ci języku. Patrzysz na kartę win i widzisz takie nazwy jak Malbec, Pinot Gris, Viognier, Zinfandel (szkoda, że rozładował Ci się telefon i nie możesz po prostu wygooglować, co jest co). Możesz pokazać palcem kelnerowi, które z win wybierasz. Nie masz jednak zielonego pojęcia, co faktycznie dostaniesz.

 

W zasadzie na tym samym przykładzie zbudujmy jeszcze sytuację pośrednią, czyli taką, w której w grę wchodzi ryzyko, a nie niepewność. Załóżmy, że powyższe nazwy szczepów winogron coś Ci jednak mówią, ale w żadnym przypadku nie masz całkowitej pewności, czy to szczep czerwony, czy może biały. Możesz stwierdzić, że Malbec to prawie na pewno czerwone, Pinot Gris to tak pół na pół, Viognier raczej białe, a Zinfandel całkiem możliwe, że jest czerwony.

 

W obu opisanych wyżej wariantach (wariant niepewności i wariant ryzyka) ocena decyzji nie jest już tak prosta jak w sytuacji deterministycznej. W przypadku niepewności jest ona tak naprawdę niemożliwa. Jeśli palcem wskazałbyś na Viognier, to dostałbyś wino białe, a jeśli na Zinfandel, to czerwone. Zapewne skłonny byłbyś stwierdzić, że w pierwszym wariancie podjąłeś błędną decyzję, a w drugim prawidłową, ale tak naprawdę nie oceniłbyś jakości swojej decyzji, a wyłącznie efekt, jaki ona przyniosła.

W przypadku ryzyka (ostatni przedstawiony wariant) uznałbyś z kolei, że największe szanse na otrzymanie czerwonego wina daje wybór Malbec – mógłbyś nawet określić, że na 80% jest to odmiana czerwona (w końcu prawdopodobieństwo może być subiektywne, a nie tylko obiektywne). I w tej sytuacji prawda jest taka, że niezależnie od tego, czy w efekcie dostałbyś białe, czy czerwone wino (tak, Malbec to czerwień), to ta decyzja byłaby prawidłowa. Każda inna byłaby z kolei błędna (nawet ta, w której wybrałbyś inne z czerwonych win – Zinfandel).


Zwodniczy efekt wyniku

Ocena decyzji w wariancie niepewności i ryzyka może wydawać się nieintuicyjna. Trudno jest przecież uznać decyzję za dobrą, jeśli w jej wyniku stało się coś gorszego niż oczekiwałeś. Trudno również uznać decyzję za złą, jeśli w jej efekcie dostałeś to, czego chciałeś (a może nawet coś lepszego). Ta trudność wynika z pewnego błędu poznawczego, który znany jest jako „efekt wyniku”. Zapanowanie nad błędami poznawczymi jest niezwykle trudne, gdyż ich działanie odbywa się poza myśleniem świadomym (określanym czasami jako myślenie wolne albo System 2). Łatwiej jednak robić to, gdy wiemy o ich istnieniu.

Efekt wyniku:

·        tendencja do oceniania decyzji na podstawie jej wyniku zamiast na podstawie czynników, które do niej doprowadziły;

·        błąd poznawczy polegający na nieracjonalnym ocenianiu przeszłych decyzji w momencie, gdy są już znane ich skutki

Prawda jest taka, że złe decyzje mogą mieć pozytywne, a dobre decyzje – negatywne konsekwencje. Brak zrozumienia tego faktu może sprawiać, że w swoich działaniach będziemy powielać błędy lub zrezygnujemy z czegoś, co przyniosłoby nam sukces, gdybyśmy byli konsekwentni. To, czy decyzja jest dobra, czy zła, zależy jedynie od informacji, jakie posiadaliśmy w momencie jej podejmowania i od tego, co zrobiliśmy z tymi informacjami. Poza sytuacją deterministyczną, w momencie podejmowania decyzji nie znamy jej efektów – nie możemy więc na ich podstawie oceniać samej decyzji.

 

Kiedy więc decyzja jest dobra? Dobra decyzja to taka, którą powtórzylibyśmy za każdym razem, gdybyśmy zostali postawieni w dokładnie takiej samej sytuacji. Jest więc to taki wybór, który w przypadku powtarzalności najczęściej doprowadziłby Cię do osiągnięcia celu albo przeciętnie dałby najlepszy efekt. Więc jednak wynik/efekt jest ważny? Tak. Jednak nie chodzi o wynik pojedynczej próby. Chodzi o przeciętny wynik wielu prób – dopiero on pokazuje faktyczną jakość danej decyzji.

Aby osiągnąć jak najlepszy przeciętny wynik, trzeba skupić się na tym, aby to proces decyzyjny był jak najlepszy. Proces ten obejmuje w głównej mierze informacje, które posiadamy (czyli wiedzę, doświadczenie), a także to, co z tymi informacjami robimy (analiza i wyciąganie wniosków). Na opisanych przeze mnie przypadkach łatwo zobaczyć, że sam poziom wiedzy (np. na temat wina) może sprawić, że jakaś sytuacja zmieni się z niepewnej na ryzykowną lub nawet deterministyczną.


W długiej perspektywie ważny jest proces, a nie (pojedynczy) efekt

Chcąc osiągnąć wyznaczony cel, trzeba przestawić się na myślenie o procesie, a nie (pojedynczym) efekcie. W krótkiej perspektywie osiąganie korzystnych efektów na podstawie słabego/błędnego procesu decyzyjnego może wydawać się lepsze niż osiąganie gorszych rezultatów na podstawie dobrego procesu. Jednak w dłuższej perspektywie to nie może się sprawdzić. W końcu zadziała szeroko rozumiana „statystyka”, prawo wielkich liczb, regresja do średniej. Osiągnięcie trwałego sukcesu na takiej podstawie może być tylko dziełem przypadku (przypadek to w końcu coś, co jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe). Skupienie się na dobrym procesie decyzyjnym, determinacja w trwaniu w nim pomimo przejściowych, niekorzystnych rezultatów – to strategia, która musi sprawdzić się w długim terminie. W takiej sytuacji tylko przypadek (znowu) może sprawić, że nam się nie uda… oczywiście zakładając, że mamy racjonalne oczekiwania.


Na koniec tego wpisu pozostało mi jeszcze wyjaśnienie sytuacji przedstawionej na końcu artykułu dotyczącego wartości oczekiwanej.

W opisanej tam sytuacji popełnione zostały cztery błędy. Trzykrotnie błąd popełnił Leszek, a raz zabawiacz tłumów. Błędami Leszka było (trzykrotne) wzięcie udziału w grze o ujemnej wartości oczekiwanej. Błędy te nie objawiły się w krótkiej serii, ale byłyby widoczne w dostatecznie dużej próbie. Czwarty błąd popełnił Zabawiacz, który przestraszył się serii przegranych i postanowił zakończyć grę. Zrezygnował z gry, w której znajdował się na uprzywilejowanej pozycji. Zapomniał, że kości nie mają pamięci i jego „biznes” polega na tym, żeby grać jak najczęściej, by przeciętna wygrana 1,25 zł na grę nabiła mu kiesę.

środa, 19 sierpnia 2020

Nadzieja (matematyczna) matką przezornych

 

Wszyscy mamy jakieś oczekiwania w stosunku do przyszłości. Pytanie jednak brzmi, czy wszyscy potrafimy je dobrze formułować? Zbyt niskie oczekiwania nie pozwalają wykorzystać pełni potencjału, a zbyt wysokie prowadzą do rozczarowań. Dotyczy to wielu dziedzin, w tym również finansów osobistych, oraz podejmowania decyzji związanych z ryzykiem. Jak znaleźć złoty środek? Postaram się przedstawić Ci jeden ze sposobów. Uprzedzam jednak, że wymaga on umiejętności dodawania, odejmowania, a nawet mnożenia i dzielenia.

W moim pierwszym wpisie na blogu pisałem, że „świadome podejmowanie ryzyka oznacza chęć osiągnięcia korzyści, kosztem możliwości wystąpienia efektu odmiennego od oczekiwanego”. W powyższym zdaniu bardzo ważne jest dokładne zrozumienie, czym jest ten oczekiwany efekt. W tym celu przyjrzyjmy się opisanej poniżej grze, w której udział bierze nowy bohater mojego bloga – nazwijmy go Losowym Leszkiem.

Krótka dygresja:

Odwołanie się do różnych „gier” jest najłatwiejszym sposobem zobrazowania sytuacji decyzyjnych w warunkach ryzyka. Rozwój badań nad ryzykiem i metod zarządzania nim ma swoje historyczne początki w grach hazardowych. Paradoksalnie, to właśnie odwieczne zamiłowanie ludzi do tego typu gier dało podwaliny dla rozwoju takich branż jak ubezpieczenia czy inwestycje.


Historia Leszka

Leszek na wakacjach w Kołobrzegu dał się skusić przydrożnemu zabawiaczowi tłumów, który oferował możliwość wzięcia udziału w grze „rzut kostką”. Zabawiacz zachęcał oczywiście potencjalnych klientów możliwością wygrania pieniędzy. Kluczowym elementem gry była kostka – ale nie klasyczna kostka sześcienna, a taka o ośmiu ścianach (tzw. oktaedr). Na 5 z 8 ścian widoczny był znak „-”, na 2 ścianach widniał znak „+”, a jedna ścianka była pusta. Wzięcie udziału w grze kosztowało 10 zł. Uczestnik mógł jednak wygrać 30 zł, jeśli udało mu się wyrzucić znak „+” (zakładamy oczywiście, że kostka była rzetelna, co oznacza, że prawdopodobieństwo wypadnięcia każdej ze ścianek jest takie samo). Jeśli wyrzucił pustą ściankę, to dostał swoje 10 zł z powrotem. Jeśli jednak wypadł znak „-”, to dycha zostawała w kieszeni  „zabawiacza”.


Moglibyśmy powiedzieć, że Leszek wziął udział w tej grze, oczekując, że mu się to opłaci. Przecież nikt nie wziąłby w niej udziału, oczekując, że przegra. Leszek liczy na to, że zgarnie 30 złotych – czy zatem 30 złotych jest w przypadku jego (ryzykownego) wyboru efektem oczekiwanym? Nie. Zauważ, że Leszek za udział w grze zapłacił 10 złotych, więc nawet jeśli uda mu się wyrzucić znak „+”, to będzie tylko 20 złotych na plusie. Więc może 20 złotych jest efektem oczekiwanym? Również nie. W końcu to wyrzucenie minusa, a nie plusa, jest najbardziej prawdopodobnym wynikiem gry. Ścianek z minusem jest 5, podczas gdy ścianki z plusem tylko 2 – szansa na przegraną jest więc 2,5 razy większa niż szansa na wygraną. To może efektem oczekiwanym jest przegrana 10 złotych? Po raz kolejny – nie.

Kształtując swoje oczekiwania co do wyniku gry, musimy brać pod uwagę wszystkie możliwe warianty. Nie tylko same efekty. Nie tylko same szanse ich wystąpienia. Oba te parametry trzeba rozważać jednocześnie. Z pomocą przychodzi tutaj właśnie matematyczna „wartość oczekiwana” – jedno z kluczowych narzędzi w procesie podejmowania decyzji w warunkach ryzyka. Nazywa się ją również „nadzieją matematyczną” (dzięki czemu ten wpis mógł dostać w miarę intrygujący tytuł). Wartość oczekiwana liczona jest według wzoru:

E = p1 x w1 + p2 x w2 + … + pn x wn

gdzie:

E – wartość oczekiwana

pi – prawdopodobieństwo wystąpienia określonego (i-tego) wariantu

wi – wartość (np. zysk lub strata) danego (i-tego) wariantu

n – liczba wszystkich możliwych wariantów


Jaka zatem będzie wartość oczekiwana gry, w której wziął udział Leszek? Zacznijmy od wypisania możliwych wariantów – ich wartości i szansy wystąpienia (prawdopodobieństwa):

Wariant 1 – wypada ścianka ze znakiem „-”

  • p1 = 62,5%  // prawdopodobieństwo wypadnięcia każdej ze ścianek wynosi 12,5% (czyli 1/8), a ścianek z minusem jest 5
  • w1 = -10 // w tym wariancie uczestnik gry traci 10 zł, które wpłacił za udział

Wariant 2 – wypada ścianka ze znakiem „+”

  • p2 = 25%
  • w2 = 20 // w tym wariancie uczestnik otrzymuje 30 zł, które należy pomniejszych o wpłacone na początku 10 zł

Wariant 3 – wypada pusta ścianka

  • p2 = 12,5%
  • w2 = 0 // w tym wariancie uczestnik wychodzi na „zero”

Teraz wystarczy podstawić dane do wzoru i wykonać obliczenia rodem ze szkoły podstawowej:

E = 62,5% x (-10) + 25% x 20 + 12,5% x 0

E = -1,25

Powyższy wynik wskazuje, że uczestnik tej gry powinien oczekiwać, że przeciętnie przegra w niej 1,25 zł.


Widzimy, że samo obliczenie wartości oczekiwanej może pokazać, czy dane przedsięwzięcie ma w ogóle jakikolwiek sens. Wskaźnik ten może być przy tym wykorzystywany nie tylko w przypadku prostych gier losowych. Jest bardzo ważnym kryterium w decyzjach dotyczących finansów (np. w inwestowaniu), a może być pomocny praktycznie w przypadku każdej decyzji obarczonej ryzykiem. Czasami pojawia się oczywiście pewien mały problem z prawdopodobieństwem, który jednak rozwiązujemy poniżej.😊


Nieprawdopodobny problem

Przedstawić wersję problemu, którą łatwo rozwiązać, i napisać, że w ten sam sposób można rozwiązać inne problemy – to byłoby bardzo wygodne dla autora 😊 W końcu opisany przeze mnie przykład dotyczy prostej sytuacji, w której prawdopodobieństwa podane są jak na tacy. W grach losowych te wartości są bardzo łatwe do obliczenia, bo wystarczy jedynie podzielić liczbę wariantów spełniających dany warunek przez całkowitą liczbę wariantów (jak to miało miejsce w przypadku kostki do gry). A co w innych sytuacjach? Skąd wziąć np. prawdopodobieństwo wzrostu ceny akcji jakiejś spółki albo prawdopodobieństwo wystąpienia na danym terenie suszy w konkretnym miesiącu lub w całym roku, albo prawdopodobieństwo wygrania finału Ligi Mistrzów przez konkretną drużynę?

W tych przypadkach nie mamy do czynienia z czystą losowością (choć nie wszyscy zgodziliby się co do przykładu z ceną akcji spółki), więc nie możemy wykorzystać obiektywnego prawdopodobieństwa. Na szczęście istnieje jednak coś takiego jak prawdopodobieństwo subiektywne. W zasadzie pozwala nam ono dowolnie określić prawdopodobieństwo jakiegoś wydarzenia. Mogę np. powiedzieć, że według mnie Bayern Monachium wygra tegoroczną edycję Ligi Mistrzów z prawdopodobieństwem 70%. Przy kursie 1,53 (taki znalazłem w dniu 16.08.2020 na stronie jednego z bukmacherów) opłaca mi się postawić pieniądze na zespół Roberta Lewandowskiego (czego nie zrobię, bo nie uważam, bym był w stanie ocenić prawdopodobieństwo wygranej lepiej niż bukmacher). Oczywiście ktoś może inaczej ocenić prawdopodobieństwo wygranej monachijczyków – w końcu mówimy o prawdopodobieństwie subiektywnym. Jest to jeden z (wielu) powodów, dla których jedni podejmują się jakiegoś przedsięwzięcia, podczas gdy inni uważają je za nieopłacalne.

Dla dociekliwych:

Załóżmy, że chcę postawić 100 zł na Bayern Monachium. Według moich przypuszczeń na 30% stracę postawione 100 zł, a na 70% zarobię 53 zł (100 zł przemnożone przez kurs 1,53 daje kwotę 153 zł, którą muszę pomniejszyć o postawione 100 zł). Wartość oczekiwana dla tego zakładu wynosi 7,1 zł:

 

E = 30% x (-100) + 70% x 53

E = 7,1


Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Oczywiście należy pamiętać o ważnej zasadzie, która brzmi: „śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”. Innymi słowy – jeśli określimy (subiektywnie) wartości prawdopodobieństwa bez głębszej analizy, to otrzymany wynik (przy obliczaniu wartości oczekiwanej) nie będzie nic wart i może nas wprowadzić w błąd.

Subiektywne prawdopodobieństwo powinno uwzględniać wszelkie posiadane przez nas istotne informacje. Tak więc kluczowe jest to, jakie informacje posiadamy, jakie jesteśmy w stanie pozyskać i co możemy z nimi zrobić. W tym przypadku możliwości jest tak dużo jak dużo jest różnych problemów decyzyjnych. Prawdopodobieństwo suszy możemy obliczyć np. analizując historyczne dane na temat pogody oraz aktualne prognozy. Prawdopodobieństwo wygranej danej drużyny możemy ocenić analizując jej aktualną formę i poprzednie wyniki uzyskane w meczach z danym rywalem. Prawdopodobieństwo wzrostu ceny akcji… możemy wyznaczyć na wiele sposobów, a kilka z nich opiszę zapewne w przyszłości na łamach tego bloga. Głównie bazują one na jednym, kluczowym elemencie – historii. Na rynkach finansowych najczęściej zakłada się, że prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zdarzenia w przyszłości jest takie samo jak częstość jego występowania w przeszłości. Jeśli więc posiadamy odpowiednie informacje dotyczące przeszłości (np. dane o zmianach cen akcji), to możemy je wykorzystać jako prognozę tego, co może się stać. Należy oczywiście pamiętać, że zbyt mocna ufność w przyszłość jako odbicie lustrzane przeszłości może narazić nas na negatywne skutki wystąpienia Czarnego Łabędzia.


To prawdopodobnie jeszcze nie wszystko

Prawdopodobieństwo nie jest jedynym czynnikiem, który sprawia, że w niektórych sytuacjach wykorzystanie wartości oczekiwanej do oceny atrakcyjności przedsięwzięcia wydaje się trudne. Drugim jest kwestia wartości. Łatwo jest wyznaczyć wartość oczekiwaną w sytuacjach, które możemy „wycenić” za pomocą pieniędzy lub np. punktów. Nie wszystko jednak da się wycenić pieniądzem. Tutaj z pomocą przychodzi nam jednak Teoria Użyteczności. To już jednak temat na zupełnie inny artykuł.

Aha, zapomniałbym o Leszku. Leszek wziął udział w grze i wyrzucił plusa… Później zdecydował się zagrać jeszcze 2 razy i dwukrotnie wyrzucił plusa. Chciał zagrać czwarty raz, widząc, że ma dobrą passę. "Zabawiacz" stwierdził jednak, że musi już iść, bo zapomniał, że umówił się na ważne spotkanie. Dwóch ludzi, cztery błędy – znakomity temat na następny wpis 😊.



środa, 24 czerwca 2020

Zagadka - jak głosować strategicznie?





W najbliższą niedzielę mamy wybory prezydenckie. Przy okazji tego specyficznego posta chciałem wszystkich zachęcić do uczestnictwa w nich i zagłosowania… strategicznie lub też nie. Ten krótki wpis niech będzie rozgrzewką dla tych, którzy chcą spróbować zwiększyć wagę swojego głosu.

Zanim przejdziesz do rozwiązywania mojego krótkiego zadania, zachęcam do przeczytania artykułu na temat głosowania strategicznego. Dzięki temu dowiesz się jak różne grupy wyborców mogą zachowywać się, znając preferencje (i możliwe działania) pozostałych grup.

Zadanie

Kto (i dlaczego) wygra wybory w zaprezentowanych poniżej wariantach? W każdym przypadku zakładamy, że wygrana w pierwszej turze wymaga osiągnięcia powyżej 50% głosów. Jeśli żaden kandydat nie uzyska takiej puli, to do drugiej tury przechodzą dwaj, którzy uzyskali najwięcej głosów.

Sondaże przedwyborcze wskazują, że istnieją 4 grupy preferencyjne:
  • A>D=B=C - 35%
  • B>C=D>A - 33%
  • C>A>B=D - 12%
  • D>C>A=B - 20%

Szybkie wytłumaczenie powyższego zapisu:
Np. Grupa B>C=D>A (licząca 33% ogółu wyborców) najbardziej preferuje kandydata B. W dalszej kolejności, równo preferuje kandydatów C i D (jest im obojętne, który z nich wygrałby, gdyby na placu boju pozostali tylko Ci dwaj). Każdy z trzech wymienionych kandydatów jest i tak bardziej pożądany niż kandydat A.

Dodam jeszcze oczywistą oczywistość: każdy z kandydatów chce wygrać i będzie głosował tylko i wyłącznie na siebie.

Na rozgrzewkę
1.      Kto wygra wybory jeśli żadna grupa nie będzie głosowała strategicznie (czyli każda zagłosuje na swojego najbardziej preferowanego kandydata)?

Do strategicznego przemyślenia
2.      Kto wygra wybory w przypadku głosowania strategicznego? Zakładamy oczywiście, że każda grupa głosuje strategicznie.

Zadanie z gwiazdką – spróbuj pomyśleć „outside the box”:
3.      Załóżmy, że liczba wyborców to 1000. Jaka jest najmniejsza liczba osób, które musiałyby wyłamać się ze swoich preferencji, żeby kandydat B miał szansę wygrać?

Podpowiedzi i założenia 😊

  • Jeśli głos danej grupy nie miałby strategicznego znaczenia, to zawsze zagłosuje ona na swojego najbardziej preferowanego kandydata (żeby przynajmniej wyrazić swoje poparcie).
  • Jeśli dana grupa preferuje kilku kandydatów w równym stopniu, to podzieli swoje głosy między nich po równo lub przekaże je jednemu z nich (kierując się chęcią osiągnięcia jak najlepszego rezultatu dla siebie).


Jeśli masz ochotę, to możesz podzielić się swoimi rozwiązaniami zostawiając komentarz. Jeśli w opisie zadania coś jest niejasne, to zachęcam do zadawania pytań – akapit ‘Podpowiedzi i założenia’ może się dzięki temu poszerzyć.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Głosowanie strategiczne - czy można zwiększyć wagę swojego głosu w wyborach?


Decyzja o tym, na kogo głosować w wyborach prezydenckich, parlamentarnych, samorządowych lub jakichkolwiek innych, ma dużo większe znaczenie niż większość z nas sądzi. Nie chodzi mi tylko o osoby, które nie chodzą głosować, bo uważają, że „ich głos i tak nie ma znaczenia”. Chciałbym Wam pokazać, że wyborcy jako jednostki, a także jako grupy, mogą mieć istotny wpływ na wynik wyborów. Mogą nawet sprawić, że wygra opcja, która nie posiada największego poparcia (bo, paradoksalnie, najmocniej popierana opcja nie oznacza najbardziej preferowanej). Jest to możliwe dzięki głosowaniu strategicznemu, któremu poświęcam ten wpis.

Głosowania, zwłaszcza te, o których wspomniałem we wstępie, mają zazwyczaj bardzo istotne znaczenie dla naszej przyszłości. Wpływają one bezpośrednio na otoczenie, w jakim żyjemy i pracujemy. Zastanawiałaś/eś się kiedyś na jakiej podstawie podejmujesz decyzje w tak ważnych sprawach?
Kryteria, jakie bierzemy pod uwagę, to np.:
  • Opcja polityczna 
  • Program (partii czy danego kandydata)
  • Sympatia (w końcu cechy osobowościowe też mają znaczenie)

Obstawiam jednak, że tak naprawdę bardzo mało osób głosuje na kandydata, który według nich powinien wygrać. Może inaczej – mało osób głosuje w taki sposób, by wygranym okazał się kandydat znajdujący się możliwie najwyższej na naszej osobistej liście preferencji. Wszystko przez to, że samo głosowanie często traktujemy jak sondaż poparcia. A przecież jego celem jest wybór np. prezydenta, a nie określenie tego, jak dużo osób popiera danego kandydata.

Nie możemy zapomnieć, że wygrana danego kandydata zależy nie tylko od naszego głosu, ale także od tego jakie preferencje mają inne osoby (i jak mogą zagłosować). Co istotne, interesy/preferencje pozostałych wyborców mogą nie być zbieżne z naszymi.

Koncepcja głosowania strategicznego, którą chcę omówić poniżej, może niektórym wydawać się kontrowersyjna. Może być bowiem utożsamiana  z „wyborem mniejszego zła”, choć tak naprawdę nie o to w niej chodzi. Opiera się na celu, jakim jest wygrana najbardziej preferowanego przez ogół kandydata (co w kontekście poniższych rozważań nie jest równoznaczne z najbardziej popieranym kandydatem).

Na czym polega głosowanie strategiczne?

Zacznę od przykładu. Wyobraź sobie, że dokonujesz wyboru jako ostatni z wyborców i masz pełną wiedzę na temat tego jak głosowali pozostali. Kandydaci, na których możesz oddać swój głos, to: A, B i C.

Twoje preferencje kształtują się następująco: najbardziej preferujesz kandydata C, a kandydat B jest dla Ciebie lepszą opcją niż kandydat A (zapiszmy to w taki sposób: C>B>A).

Sytuacja, w jakiej podchodzisz do urny, wygląda natomiast tak: Kandydat A ma 1 głos więcej niż kandydat B, natomiast kandydat C ma 1 głos mniej niż kandydat B. Do tego, w przypadku remisów kandydat A przegrałby w drugiej turze z każdym z pozostałych kandydatów (bo np. kandydaci B i C mają bardziej zbliżone poglądy/programy i przy odpadnięciu jednego z nich większość jego wyborców w drugiej turze wybierze tego drugiego).

Przykładając długopis do karty do głosowania masz 3 możliwości: oddanie głosu na kandydata A, na kandydata B lub kandydata C. Na podstawie powyższego opisu następstwa Twoich decyzji będą następujące:
  • Oddanie głosu na kandydata A – kandydat A wygrywa wybory
  • Oddanie głosu na kandydata B – w pierwszej turze kandydat A remisuje z kandydatem B, a w drugiej turze wygra kandydat B
  • Oddanie głosu na kandydata C - kandydat A wygrywa wybory

W takiej sytuacji, gdybyś zagłosował na kandydata, którego popierasz (preferujesz najbardziej), doprowadziłbyś do sytuacji, w której wybory wygra najgorsza dla Ciebie opcja (A). Natomiast rozpatrując efekty swojego wyboru możesz sprawić, że wyborów nie wygra co prawda Twój najbardziej preferowany kandydat, ale i tak będziesz w sytuacji lepszej niż przy oddaniu głosu na kandydata C.

Na tym właśnie polega głosowanie strategiczne – kluczem jest tutaj wzięcie pod uwagę faktycznych efektów podjętej decyzji w danych okolicznościach, a nie tylko wyboru samego w sobie. Nie mamy tu do czynienia z sytuacją deterministyczną, gdzie efektem wyboru danego wariantu jest zaistnienie tego właśnie wariantu. W sytuacjach strategicznych efekt naszej decyzji znajduje się również pod wpływem decyzji innych osób – jest to sfera, którą zajmuje się niezwykle ciekawa dziedzina, jaką jest Teoria Gier.

Wybory prezydenckie – jakie znaczenie ma głosowanie strategiczne?

Powyższy przykład to oczywiście czysta abstrakcja, gdyż nigdy nie znajdziesz się w takiej sytuacji w prawdziwych wyborach. Podczas głosowania nie mamy wiedzy na temat faktycznych wyborów pozostałych głosujących. Jednak czy jest to powód do tego, by przy podejmowaniu decyzji nie brać pod uwagę wiedzy, jaką posiadasz o możliwych decyzjach pozostałych wyborców?

Źródłem takiej wiedzy są przede wszystkim sondaże przedwyborcze. Niestety, nie są one tworzone w sposób doskonały (z perspektywy głosowania strategicznego). Aby głosowanie strategiczne było w pełni efektywne, musielibyśmy znać wielkość grup preferencyjnych. Jako taką grupę rozumiem osoby, których kolejność preferowanych kandydatów jest taka sama (np. popierający kandydatów w kolejności A>B>C; A>C>B itd.).

Załóżmy, że takie sondaże zostały utworzone i grupy preferencyjne kształtują się jak poniżej.
  • A>B>C – 15%
  • A>C>B – 24%
  • B>A>C – 9%
  • B>C>A – 25%
  • C>A>B – 12%
  • C>B>A – 15%

Zwykły sondaż zaprezentowałby w takim przypadku wyniki poparcia:
  • A – 39%
  • B – 34%
  • C – 27%

Gdyby wyborcy zagłosowali zgodnie za najbardziej popieraną opcją, to wybory wygra kandydat A. Wynik ten byłby niezależny od tego, czy do zwycięstwa wymagane byłoby osiągnięcie ponad 50% głosów. W ewentualnej drugiej turze (gdzie zmierzyliby się A i B) kandydat A otrzymałby dodatkowe 12 punktów procentowych od wyborców popierających kandydata C (grupa C>A>B). W efekcie wygrałby stosunkiem głosów 51% do 49%.

Głosowanie strategiczne przyniosłoby jednak istotną zmianę. Wygranym okazałby się kandydat C. Jak to możliwe, skoro ma on teoretycznie najniższe poparcie? Wszystko przez to, że wygrana kandydata B nie jest możliwa ani w pierwszej, ani w drugiej turze. Wiedząc to, jego wyborcy zagłosowaliby na innych kandydatów – grupa B>C>A oddałaby głos na kandydata C, dając mu w efekcie 52% głosów (przez co głos grupy B>A>C nie miałby już znaczenia).

Sondażowy problem – dlaczego głosowanie strategiczne nie jest w pełni możliwe?

Jak wspomniałem wyżej, aby głosowanie strategiczne było w pełni efektywne, musielibyśmy znać wielkość grup preferencyjnych. Stworzenie sondaży ukazujących takie grupy byłoby jednak niezwykle trudnym zadaniem. Trudność ta rosłaby wraz ze wzrostem liczby kandydatów, w efekcie uniemożliwiając głosującym analizę otrzymanych danych. Wyobraź sobie, że przy 3 kandydatach istnieje 6 możliwych grup preferencyjnych (wypisałem je w przykładzie powyżej), przy 4 kandydatach jest ich już 24, a przy 5 aż 120. Przy 10 kandydatach mamy z kolei ponad 3,6 mln możliwych grup preferencyjnych (!!!), a przy 11 kandydatach liczba możliwych grup będzie większa niż liczba Polaków uprawnionych do głosowania. Oczywiście, ogromna większość takich grup obejmowałaby 0 lub zaledwie kilka osób, a sondaże wyborcze byłyby w stanie określić pewnie kilkadziesiąt grup. Nie zmienia to faktu, że bez zaangażowania zaawansowanych metod komputerowych wyborcy nie byliby w stanie wyciągnąć właściwych wniosków z otrzymanych danych.

To jak w końcu głosować?

Skoro głosowanie strategiczne nie jest w pełni możliwe, to czy jest w ogóle sens z niego korzystać? Z pewnością ma ono jedną, niezaprzeczalną zaletę. Jest to wybór nakierowany na cel zbieżny z sensem przeprowadzania wyborów. Przy odpowiednim wykorzystaniu powinno przynieść wyborcy efekt nie gorszy niż w przypadku głosowania na najbardziej preferowanego kandydata.
Nie twierdzę, że jest to najlepsze podejście, czy też takie, które należy bezsprzecznie przyjąć. Jestem jednak skłonny stwierdzić, że głos oddany w sposób strategiczny może mieć większą wagę niż głos oddany tylko po to, by pokazać poparcie dla danego kandydata. Oba te przypadki mają i tak większą wagę niż głos, który nie został oddany w ogóle.

czwartek, 4 czerwca 2020

Inwestowanie vs oszczędzanie - czy warto ryzykować?

 

Oszczędzać czy inwestować? – jeśli zadajesz sobie to pytanie, myśląc o tym, co zrobić z nadwyżkami finansowymi, to już jesteś szczęściarzem. W końcu masz jakieś nadwyżki finansowe, podczas gdy inni muszą je najpierw wygenerować (…czyli zaoszczędzić). W tym poście zamierzam przedstawić Ci, czym różni się inwestowanie od oszczędzania i jak się ma do tego kwestia ryzyka (w końcu to blog o ryzyku).

Na początku chciałbym zaznaczyć, że ten wpis będzie dotyczył oszczędzania i inwestowania przede wszystkim w kontekście finansów osobistych. W przypadku oszczędzania jest to dość oczywiste, podczas gdy w przypadku inwestowania już niekoniecznie. Inwestowanie jest bowiem czymś innym dla przedsiębiorcy, a czymś innym dla Ciebie i mnie jako „osoby fizycznej”.
Oszczędzanie kojarzy się przede wszystkim z ograniczaniem wydatków, podczas gdy inwestowanie własnych pieniędzy raczej właśnie ze stroną wydatkową. Chciałbym jednak spojrzeć na obie te kwestie w kategorii lokowania kapitału.

Czym jest inwestowanie?

Inwestowanie to – w najprostszym ujęciu – rezygnacja z bieżącej, pewnej korzyści/konsumpcji na rzecz niepewnej, ale większej korzyści/konsumpcji w przyszłości. W tym kontekście „niepewna” oznacza istnienie ryzyka, a nie „niepewność” w takim rozumieniu, jakie opisałem w poście dotyczącym ryzyka.

W odniesieniu do finansów osobistych, inwestowanie to przede wszystkim lokowanie kapitału w instrumentach finansowych, czyli np. zakup akcji, obligacji, jednostek uczestnictwa w funduszu. Są to inwestycje finansowe. Możemy również mówić o inwestowaniu w przeróżne aktywa rzeczowe, które mają generować dla nas dodatkowe dochody lub będą w przyszłości sprzedane z zyskiem. Jest to zarówno zakup mieszkania na wynajem, dzieła sztuki do późniejszej odsprzedaży, skrzynki wina inwestycyjnego, czy kosiarki, którą odpłatnie będziemy kosić trawniki sąsiadom. W tym przypadku mówimy o inwestycjach rzeczowych.

Czym jest oszczędzanie?

Oszczędzanie to rezygnacja z bieżącej korzyści/konsumpcji na rzecz przyszłej korzyści/konsumpcji. Przeczesując Internet w poszukiwaniu różnych sposobów definiowania oszczędzania natrafiałem na takie ujęcia, które mówiły o rezygnacji z bieżącej korzyści na rzecz większej korzyści w przyszłości. Nie mogę się jednak z nimi zgodzić, gdyż osiągnięcie zysku nie jest (głównym) celem oszczędzania. Oszczędzamy przede wszystkim, by zabezpieczyć przyszłą konsumpcję (np. na wypadek utraty dochodów) lub zakumulować kapitał potrzebny na jakiś większy wydatek (wymarzone wakacje, samochód, mieszkanie, dom…). Istnieją oczywiście instrumenty przeznaczone dla osób oszczędzających, które umożliwiają powiększanie gromadzonego kapitału (jak choćby lokaty bankowe). Służą one jednak raczej utrzymaniu wartości nabywczej oszczędności, niż jej powiększaniu – mają niwelować efekt inflacji.

(Nie)ciekawostka – aktualnie ze świecą można szukać instrumentów oszczędnościowych, których oprocentowanie byłoby w stanie zrekompensować negatywny wpływ inflacji. W 2020 roku odnotowano w poszczególnych miesiącach inflację (mierzoną wskaźnikiem CPI) w przedziale od 2,9% do 4,7% (na szczęście z tendencją zniżkującą). Do tego obniżanie stóp procentowych przez NBP nie wróży nic dobrego dla oszczędzających, gdyż oprocentowanie lokat jest dodatnio skorelowane z poziomem stóp procentowych.
Muszę jeszcze pociągnąć nieco to wtrącenie, gdyż warto wyjaśnić jedną kwestię. Jeśli założysz dziś lokatę roczną, oprocentowaną na 1,5% (rocznie), a inflacja w maju wynosiła 2,9% (rok do roku), to nie oznacza, że w rzeczywistości za rok będziesz nominalnie bogatszy (będziesz miał 1015,00 zł zamiast 1000,00 zł), ale realnie biedniejszy (Twoje 1015,00 zł będzie warte tyle co obecnie 986,39 zł). Dane o inflacji dotyczą bowiem roku wstecz, a Twoja lokata jest założona na rok naprzód. Wyliczone wcześniej wartości będą więc aktualne tylko i wyłącznie wtedy, gdy inflacja za rok również będzie wynosić 2,9% (rok do roku). Tak więc tego, czy realnie zarobiłeś, czy straciłeś na lokacie, dowiesz się dopiero w momencie jej wygaśnięcia.

Czym różni się inwestowanie od oszczędzania?

Skoro zarówno oszczędzając, jak i inwestując, możesz lokować kapitał w instrumentach finansowych (i nie tylko), to czym właściwie różnią się te dwa sposoby zarządzania własnymi pieniędzmi? A w gruncie rzeczy, czym różnią się instrumenty przeznaczone dla oszczędzających i inwestujących? Na to pytanie czekałem  od samego początku pisania niniejszego posta (choć oczywiście zadaję je sobie sam 😊). Odpowiedź brzmi – ryzykiem (niespodzianka!).

Inwestowanie jest nastawione na ­niepewną korzyść w przyszłości (jest to świadome i celowe podjęcie ryzyka), podczas gdy w przypadku oszczędzania chcemy uniknąć ryzyka (w końcu jaki sens miałoby ZABEZPIECZANIE przyszłej konsumpcji przy jednoczesnym wystawianiu się na możliwość straty oszczędzanych pieniędzy?). Oszczędzający powinien więc wybierać takie instrumenty, które będą generować z góry określone (pewne) przepływy pieniężne w z góry określonych momentach lub zostaną sprzedane za z góry określoną (pewną) kwotę w z góry określonym czasie.

Choć decyzja o oszczędzaniu nie jest decyzją o podjęciu ryzyka, to jednak nie istnieją instrumenty, które dają doskonałą pewność, czyli są w pełni pozbawione ryzyka. Zawsze istnieje bowiem np. ryzyko bankructwa emitenta (nawet jeśli jest nim tak wiarygodny podmiot jak Państwo – oczywiście nie o każdym Państwie można powiedzieć, że jest wiarygodne) czy możliwość wystąpienia Czarnego Łabędzia. Instrumenty emitowane przez wysoce wiarygodne podmioty (szczególnie Państwa i banki) są uważane za instrumenty pozbawione ryzyka (dla wygody przyjmiemy, że są one przynajmniej pozbawione ryzyka zmienności – o którym kiedyś Wam opowiem). Dla bezpieczeństwa warto przyjąć, że instrumenty zapewniające stopę zwrotu wyraźnie wyższą od rentowności 10-letnich obligacji skarbowych (która stanowi referencyjną „stopę wolną od ryzyka”) nie należy uznawać za „nieryzykowne” (a jeśli ich emitenci kuszą „gwarantowanym zyskiem” to najprawdopodobniej masz do czynienia z naciągaczami). Od początku 2020 roku rentowność wspomnianych obligacji (w Polsce) osiągała wartości w przedziale od 1,14% do 2,35% i, zgodnie ze spadającymi stopami banku centralnego, ma tendencję zniżkującą.

W co można inwestować? Gdzie lokować oszczędności?

Od razu zaznaczę, że poniższe przykłady instrumentów (nie tylko finansowych) nie są ani wszystkimi możliwymi, ani takimi, które są przeze mnie polecane. To po prostu przykłady mające za zadanie pokazać Ci jakie możliwości mają inwestujący i oszczędzający.

Dla oszczędzających:
  • Gotówka (pod materacem, w skarpecie czy na rachunku rozliczeniowym)
  •  Rachunek oszczędnościowy
  • Lokata bankowa
  • Obligacje Skarbowe (stałoprocentowe)

Z powyższych opcji najmniej atrakcyjna jest pierwsza, gdyż przetrzymywanie gotówki w żadnym stopniu nie chroni przed inflacją.

Dla inwestujących:
  • Akcje
  • Waluty
  • Obligacje Skarbowe (zmiennoprocentowe i indeksowane inflacją)
  • Obligacje korporacyjne
  • Fundusze inwestycyjne
  • Instrumenty pochodne (np. opcje, kontrakty terminowe)
  • Metale szlachetne
  • Kamienie szlachetne
  • Nieruchomości na wynajem

W przypadku instrumentów inwestycyjnych warto mieć na uwadze to, że w ich przypadku powinniśmy mieć dobrze sprecyzowane oczekiwania co do stopy zwrotu. Nie mogą one być przesadnie wysokie, ale nie mogą być również zbyt niskie. Podejmowanie ryzyka nie ma sensu, gdy nie oczekujemy stopy wyższej niż wspomniana już wcześniej stopa wolna od ryzyka. Różnica pomiędzy tą stopą a zyskiem generowanym z ryzykownych instrumentów jest określana jako „premia za ryzyko”. Premia ta jest skorelowana z samym ryzykiem – im wyższe ryzyko, tym wyższej premii powinniśmy oczekiwać (i w przeciwną stronę – im wyższy zwrot chcemy osiągnąć, tym większe ryzyko musimy podjąć).

Gdzie jest granica pomiędzy inwestowaniem i oszczędzaniem?

Celowo umieściłem Obligacje Skarbowe jednocześnie wśród instrumentów dla oszczędzających i inwestujących. Chciałem na zakończenie pokazać, że inwestowanie i oszczędzanie nie są czymś w zupełności odciętym od siebie. Nie istnieje doskonała, stała granica pomiędzy nimi – jest ona raczej dość rozmyta. Równie dobrze moglibyśmy bowiem w ramach oszczędzania dopuścić instrumenty o bardzo niskim ryzyku (jak np. Obligacje Skarbowe zmiennoprocentowe i indeksowane inflacją czy obligacje emitowane przez wiarygodne i solidne spółki, a nawet niektóre waluty). Zresztą, jak już wcześniej wspomniałem, nie istnieją instrumenty, które są w pełni pozbawione ryzyka (bank czy Państwo, może zbankrutować, a pieniądze pod materacem mogą się zniszczyć). W zasadzie granicę pomiędzy inwestowaniem i oszczędzaniem każdy może ustalić sam dla siebie. Wszystko zależy od stopnia tolerancji ryzyka.

Odpowiedź na pytanie – oszczędzać czy inwestować? – zależy przede wszystkim od dwóch kwestii:
Jaki jest Twój cel i jaki jest Twój poziom tolerancji ryzyka (czy też z drugiej strony – awersji do ryzyka). W zarządzaniu własnymi finansami zawsze należy dobierać środki do zdefiniowanego celu. Rozpoczęcie od drugiej strony – np. wejście na rynek akcji bez wcześniejszego zastanowienia się, co tak naprawdę chcesz osiągnąć (i ile możesz stracić) – to jak wybór drogi na skrzyżowaniu bez wcześniejszego określenia dokąd chcesz dojechać. W pewnym momencie zatrzymasz się na poboczu i zaczniesz zastanawiać: Co ja tutaj robię?

piątek, 29 maja 2020

Nie wszystkie łabędzie są białe

Czyli o tym, że czarny ptak kiedyś da Ci w mordę




Zaobserwowanie 10 tysięcy łabędzi nie jest wystarczającym warunkiem do tego, by powiedzieć, że wszystkie łabędzie są białe. Wystarczy jednak zaobserwowanie jednego czarnego łabędzia, by móc stwierdzić, że NIE WSZYSTKIE ŁABĘDZIE SĄ BIAŁE.


Wstęp co prawda nieco ornitologiczny, ale temat jak najbardziej „finansowy”. Najzabawniejsze – o ile w obecnym czasie można tak powiedzieć – jest to, że uczestnicy rynków finansowych (czytaj: inwestorzy) widzieli całkiem sporo egzemplarzy Czarnego Łabędzia, ale cały czas wydają się tkwić w przekonaniu, że każdy ptak tego gatunku jest biały.

Zanim zacznę wyjaśniać, co autor miał na myśli pisząc powyższy akapit, należy się Wam pewne wyjaśnienie. Bohaterem tekstu jest bowiem Czarny Łabędź, a nie czarny łabędź. Piękne ptaki z Antypodów zostawiam w spokoju. Bohaterem mojego tekstu jest koncepcja, która mianem Czarnego Łabędzia określa zjawisko o bardzo niskim prawdopodobieństwie wystąpienia, ale ogromnych konsekwencjach (w kontekście moich poprzednich rozważań na temat ryzyka należałoby powiedzieć, że Czarny Łabędź jest przykładem raczej niepewności niż ryzyka, a przynajmniej czymś bardzo bliskim niepewności). Koncepcję tę popełnił Nassim Taleb, autor książek poświęconych m.in. losowości na rynkach finansowych.

Do rzeczy…
Ludzie mają tendencję do uznawania zdarzeń o bardzo niskim prawdopodobieństwie za niemożliwe (a zdarzeń o bardzo wysokim prawdopodobieństwie za pewne). Bagatelizowanie takich zdarzeń ostatecznie nie wychodzi nam na dobre, gdyż często ich efekty mają charakter ekstremalny. W naszej naturze nie leży rozpatrywanie szansy na wystąpienie jakiegoś zdarzenia w połączeniu z jego efektem. Najczęściej rozpatrujemy te parametry osobno, np. bojąc się latać samolotem (pomimo niskiego prawdopodobieństwa katastrofy lotniczej w porównaniu ze śmiercią w wypadku samochodowym) czy ekscytując się rekordową kumulacją w Lotto (pomimo tego, że puszczając ‘lotka’ co tydzień przez 40 lat, tylko raz na 6700 żyć zostaniemy milionerami).

Przy inwestowaniu bagatelizowanie zdarzeń o bardzo niskim prawdopodobieństwie ma bardzo materialne konsekwencje. Nagła utrata 40, 50 czy 60% kapitału jest bardzo bolesnym doświadczeniem (o czym w ostatnich miesiącach z pewnością przekonało się wiele osób). Czarnych Łabędzi na rynkach finansowych było już sporo. Dla mojego pokolenia najbardziej jaskrawymi przykładami będą zapewne kryzys finansowy z pierwszej dekady XX wieku czy atak terrorystyczny na wieże WTC (tak, wiem, że z perspektywy czasu chcielibyśmy powiedzieć, że to wcale nie były niespodziewane zdarzenia, bo można je było przewidzieć – to się nazywa efekt pewności wstecznej). Są to wydarzenia na tyle niedawne (podobnie możemy powiedzieć jeszcze o kryzysie rosyjskim, azjatyckim, argentyńskim czy meksykańskim), by każdy uczestnik rynków finansowych wiedział, że ‘NIE WSZYSTKIE ŁABĘDZIE SĄ BIAŁE’. Mimo to inwestorzy uwierzyli, że hossa może trwać wiecznie (ta, która zakończyła się w lutym trwała aż 11 lat!), a wszelkie przeszkody dostrzeżemy na tyle wcześnie, że będziemy w stanie bezpiecznie wyjść z inwestycji. Bo przecież patrząc na załamania rynku, które miały miejsce w przeszłości, dostrzegliśmy czynniki, które mogły je zasygnalizować (oczywiście po fakcie). Do tego mamy przecież backtesting (testowanie strategii inwestycyjnych na danych historycznych) i na jego podstawie opracowaliśmy wskaźniki, które sygnalizowały wszystkie większe załamania w przeciągu ostatnich 50 czy 100 lat!

A tutaj taka niespodzianka!
Pandemia koronawirusa spadła na rynki jak grom z jasnego nieba. Bo jeszcze kilka miesięcy wcześniej nic nie zwiastowało cofnięcia się rynków akcji do poziomów sprzed kilku lat, kontraktów terminowych na ropę naftową notowanych poniżej poziomu 0 dolarów czy zmienności na rynku walutowym (będącej złudnym źródłem szczęścia dla forexowych spekulantów) na poziomach nie widzianych od Brexitowej niespodzianki (mam na myśli reakcję rynków na referendum z 2016 roku). Nawet nie ma co dywagować nad tym, czy pierwsze tygodnie epidemii w Wuhan nie sygnalizowały zbliżającego się zagrożenia (w końcu teraz wydaje się to oczywiste, że sygnalizowały – czytaj ponownie: efekt pewności wstecznej). 

Polując na Czarne Łabędzie
Zapewne wiele osób próbowało załapać się na giełdowy krach (w końcu instrumenty pozwalające grać na spadki są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego) i obkupić się na dołku bessy w tanie akcje. Łatwo w takiej sytuacji poczuć się jak bohater filmu Big Short i pochwalić kolegom, że miało się rację :) Nikt jednak nie zobaczy, że na każdego bohatera, któremu sprzyjał los, przypadają setki takich, którym się nie udało.

Inwestorzy starający się schwytać Czarnego Łabędzia za każdym razem natrafiają na ten sam problem. Ptak wpada im bez zapowiedzi do salonu, demoluje wszystkie meble, sprzęty, porcelanę i barek pełen butelek ulubionej whisky. Ci bez namysłu zarzucają na niego swoją marynarkę i przygniatają do ziemi niczym Pudzianowski Najmana, by zaraz po podniesieniu marynarki zorientować się, że ptak, którego złapali, jest biały.

Już wyjaśniam porównanie: Problem polega na tym, że wszystkie Czarne Łabędzie, które wystąpiły w przeszłości teraz są już Białymi Łabędziami. Są znaną historią, która nas nie zaskakuje, bo widzimy ją na wykresie cen (o ile jesteśmy na tyle ambitni, że sprawdzamy coś więcej niż tylko interwały minutowe i godzinowe). Skoro są czymś znanym, to z definicji nie są już Czarnymi Łabędziami, gdyż nie mogą nas zaskoczyć – zaskakuje tylko to, co nieznane. Czarny Łabędź jest czarny tylko tu i teraz, i nigdy nie da się złapać w nasze sidła, bo nigdy nie będziemy w stanie patrzeć w przyszłość. Przeszłość jest naszym jedynym źródłem informacji służących zarządzaniu ryzykiem, ale nie możemy traktować jej jak lustra. Sorry, na rynkach nie ma narzędzi doskonałych.

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój
Sytuacje takie jak ostatnie załamanie na rynkach mają to do siebie, że nie sposób ich przewidzieć (w końcu są „niespodziewane”). Można, co prawda, na bieżąco podejmować pewne środki zabezpieczające (czytaj: zarządzanie ryzykiem), ale ostatecznie i tak oberwiemy od losu prawym sierpowym. Jeśli zarządzaliśmy ryzykiem w sposób rozsądny, to po takim ciosie powinniśmy przynajmniej utrzymać się na nogach – tych mniej rozsądnych i lubiących adrenalinę czeka ostry knock down.

poniedziałek, 18 maja 2020

Założyłem bloga, więc wiem co to ryzyko… panno lekkich obyczajów




Czy ryzyko jest na tyle "dużym tematem", by poświęcić mu całego bloga? Oto pytanie, na które musiałem sobie sam wielokrotnie odpowiadać na przestrzeni tygodni poprzedzających otwarcie tego projektu. Najbardziej przekonującą odpowiedzią okazało się… pytanie. Pytanie, które brzmi: czy jesteś w stanie w jednym poście opisać czym jest ryzyko? Odpowiedź znajdziesz na końcu wpisu, którym witam Cię na moim blogu.

Czym jest ryzyko? – dla mnie

Wyobraźmy sobie stan pewności - kiedy wiesz, że konkretny wybór/decyzja/działanie doprowadzi Cię na 100% do konkretnego celu. Sytuacje doskonale deterministyczne w praktyce są może trudne do zaobserwowania, ale możemy przyjąć, że gdy wybierzemy z menu w restauracji sok pomarańczowy, to kelner zaserwuje nam sok pomarańczowy. Na rynkach finansowych taką pewność przypisuje się temu, że Skarb Państwa wykupi nabyte przez nas obligacje skarbowe (wraz z należnymi odsetkami), gdy te osiągną termin zapadalności. W zasadzie w obu przypadkach ta pewność opiera się na pewnych założeniach, ale w tym momencie nie są one tak istotne.

Teraz wyobraźmy sobie stan niepewności. To już nieco trudniejsze – mówimy bowiem o sytuacji, w której nie wiemy jakie będzie następstwo naszego wyboru/decyzji/działania. Nie znamy nawet możliwych konsekwencji, ich prawdopodobieństwa, ani skali. Taki stan jest najbardziej typowy dla nowych doświadczeń – zdarzeń, z którymi nie mieliśmy do czynienia w przeszłości i nie posiadamy wiedzy na ich temat. To dla mnie coś takiego jak wejście do rakiety SpaceX i pociągnięcie za ‘jakąś dźwignię’.

Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie oba stany, to doskonale – ryzyko jest właśnie tym, co znajduje się pomiędzy nimi. Jest tym, co nie jest pewne, a jednocześnie nie jest niepewne 😊. O ryzyku możemy mówić wtedy, gdy znamy możliwe efekty, ale nie mamy pewności co do tego, który z nich będzie miał miejsce. Z bardziej matematycznego punktu widzenia ryzyko dotyczy sytuacji, w których znamy możliwe warianty oraz prawdopodobieństwo ich wystąpienia.

Czym jest ryzyko? – według definicji (czyli odrobina naukowego bełkotu)

Ujęcie ryzyka w jednej definicji to zadanie niewykonalne. Zobaczmy jak radzi sobie z nim słownik języka polskiego PWN i Wikipedia.

Wg PWN ryzyko to:
  • możliwość, że coś się nie uda; też: przedsięwzięcie, którego wynik jest niepewny
  • odważenie się na takie niebezpieczeństwo
  • prawdopodobieństwo powstania szkody obciążające osobę poszkodowaną niezależnie od jej winy, jeśli umowa lub przepis prawny nie zobowiązały innej osoby do wyrównania szkody

Każdy z tych punktów ma w sobie ziarno prawdy, ale żaden nie wyczerpuje tematu (ostatni odnosi się do ryzyka w ujęciu prawnym i ma najmniejsze znaczenie dla tego tekstu). W zasadzie najbardziej podoba mi się punkt drugi. Jest to związane z etymologią słowa ryzyko – najczęściej przyjmuje się, że słowo to pochodzi od starowłoskiego risicare, które oznacza odważyć się. Takie postawienie sprawy przemawia do mnie najbardziej, gdyż ryzyko zbyt często pojmowane jest jako coś wyłącznie negatywnego – a przecież nie podejmujemy ryzyka po to, by stało się coś niepożądanego. Świadome podejmowanie ryzyka oznacza chęć osiągnięcia korzyści, kosztem możliwości wystąpienia efektu odmiennego od oczekiwanego. Co ważne – ‘odmienne’ nie oznacza wyłącznie ‘gorsze’! Ryzyko to jednocześnie szansa i zagrożenie (wyjątkiem jest tzw. "ryzyko czyste", występujące np. w działalności ubezpieczeniowej).

A teraz Wikipedia:
  • Ryzyko – wskaźnik stanu lub zdarzenia, które może prowadzić do strat. Jest ono proporcjonalne do prawdopodobieństwa wystąpienia tego zdarzenia i do wielkości strat, które może spowodować.
  • Ryzyko jest pojęciem wieloznacznym, trudnym do zdefiniowania. W różnych dziedzinach nauk jest ono różnie interpretowane, dlatego zdaniem niektórych autorów stworzenie jednej uniwersalnej definicji jest niemożliwe.
  • W mowie potocznej ryzyko oznacza jakąś miarę/ocenę zagrożenia czy niebezpieczeństwa wynikającego albo z prawdopodobnych zdarzeń od nas niezależnych, albo z możliwych konsekwencji podjęcia decyzji.

Pierwszy z powyższych punktów odnosi się do ujęcia ryzyka w kategoriach liczbowych/statystycznych, które omówię poniżej. Trzeci punkt, odnoszący się do potocznego rozumienia ryzyka, podkreśla z kolei istotną wskazówkę: ryzyko może być efektem naszych działań i decyzji, ale może być również od nas niezależne (wynikać ze środowiska/otoczenia, w którym się znajdujemy). Na koniec zostawiłem drugi punkt, niezwykle trafny. Jak wcześniej wspomniałem, ryzyko jest czymś co trudno ująć pod jedną definicją w taki sposób, by nie była ona zbyt ogólna, lub zbyt wąska.

Czym jest ryzyko? – w ujęciu liczbowym

W końcu musiał pojawić się ten temat – ‘prawdopodobieństwo’. Czy ryzyko jest prawdopodobieństwem, że coś pójdzie nie tak? Nie, a raczej ‘Nie tylko’. Mówiąc o ryzyku myślimy oczywiście o prawdopodobieństwie, np. straty. Nie należy jednak zapominać, że jednocześnie  powinniśmy mówić o prawdopodobieństwie osiągnięcia zysku. To jednak za mało. Ryzyko obejmuje bowiem również wielkość efektu, a więc np. wielkość zysku lub straty. Dopiero znając oba parametry – prawdopodobieństwo i wielkość/wartość – widzimy ryzyko w pełnej okazałości. Zestawienie prawdopodobieństwa i wartości doprowadza nas do kluczowego elementu – wartości oczekiwanej.
W poprzednim akapicie napisałem o ryzyku jako czymś odmiennym od stanu oczekiwanego. W liczbowym ujęciu ryzyka tym stanem jest wartość oczekiwana – wielkość statystyczna, będąca sumą iloczynów wartości i prawdopodobieństwa. Np. jeśli w jakiejś grze losowej występuje 40% prawdopodobieństwa na wygranie 100 zł i 60% prawdopodobieństwa na stratę 50 zł, to wartość oczekiwana takiej gry wynosi:

100 x 0,4 + (-50) x 0,6 = 10

Wartość oczekiwana tej gry wynosi 10 zł, a warianty wygrania 100 zł i straty 50 zł (wraz z przypisanym do nich prawdopodobieństwem) są elementami ryzyka. Wartość 10 zł w kontekście tej gry może wydawać się dziwna, bo przecież nie ma możliwości wygrania w niej takiej kwoty. Jest to jednak przeciętna wygrana jaką uzyskalibyśmy powtarzając rozgrywkę wystarczająco wiele razy, by widoczny stał się efekt Prawa Wielkich Liczb (o tym przy innej okazji). Możesz nie dostrzegać sensu takiego rozwiązania, ale jest ono kluczowe w kontekście podejmowania decyzji w sytuacjach ryzykownych.

Czym jest ryzyko?

Po trzykrotnej odpowiedzi na pytanie ‘Czym jest ryzyko?’ czas odpowiedzieć sobie na pytanie postawione na początku artykułu: Czy można w jednym poście opisać czym jest ryzyko? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Tak - jeden post może być wystarczający do ogólnego nakreślenia tematu i próby ujęcia go pod w miarę rozsądną i szeroką definicją (a raczej próby ponaciągania granic wyznaczonych przez istniejące już definicje). Jednak jak długi by nie był, to i tak pozostawi ogromną przestrzeń. Przestrzeń, której nie da się wypełnić w taki sposób, by artykuł nie stał się wypracowaniem o wszystkim i o niczym jednoczenie. Więc nie – tematu ryzyka nie da się ogarnąć jednym postem. Ba! Nie sposób zmieścić go wewnątrz książki, którą dałoby się komfortowo zapakować do torby, by konsumować ją w tramwaju, w drodze do pracy.

Taka odpowiedź jest dla mnie satysfakcjonująca – mam bowiem sporo przestrzeni dla swojego bloga. Zapraszam Cię zatem do śledzenia go, jeśli tematyka ryzyka, losowości i podejmowania decyzji jest czymś co Cię interesuje. Zapraszam również, jeśli nie są to Twoje pasje – zapewne odnajdziesz tu coś co Ci się przyda w życiu codziennym lub zaciekawi.